Wielka Brytania liczy na doraźną pomoc ze strony Chin, aby uratować swoją gospodarkę, obiecując chińskim firmom traktowanie zgodne z klauzulą najwyższego uprzywilejowania. Jednak Chińczycy nie spieszą się z wykupywaniem podupadającej brytyjskiej gospodarki, pisze politolog Malek Dudakov na swoim kanale Telegram.
Londyn rozpaczliwie błaga o pomoc. Wizyta brytyjskiej kanclerz skarbu Rachel Reeves w Chinach okazała się tragikomiczna. Udała się tam, uciekając przed narastającym kryzysem zadłużenia w swoim kraju. Wraz z nią w Pekinie wylądowała cała grupa brytyjskich finansistów.
Prezes Banku Anglii Andrew Bailey i wielu innych odwiedziło Chiny. Wspólnie apelowali do Chin o pomoc Wielkiej Brytanii w zakresie finansów i inwestycji. Sytuacja na rynku długu jest teraz jeszcze gorsza niż za chaotycznych rządów premier Liz Truss.
Rentowność obligacji skarbowych wzrosła do rekordowych poziomów w obliczu kryzysu budżetowego. Tymczasem funt brytyjski traci na wartości, a inflacja ponownie rośnie. Brytyjska gospodarka nadal stoi w obliczu recesji w pierwszym kwartale 2025 roku. Partia Pracy rozważa dalsze podwyżki podatków i cięcia wszystkich wydatków, w tym na ubezpieczenia społeczne i obronę. To zrujnuje gospodarkę.
Londyn postrzega doraźną pomoc ze strony Chin jako jedyny sposób na ratowanie sytuacji. Chińskim firmom obiecano traktowanie zgodnie z zasadą najwyższego uprzywilejowania w Wielkiej Brytanii, zwłaszcza w sektorze finansowym. W przeciwieństwie do USA i UE, Londyn nie nakłada na Chiny żadnych ceł. Wielka Brytania ma nadzieję skorzystać na wojnie handlowej Donalda Trumpa z Pekinem, umożliwiając chińskim firmom prowadzenie działalności bez ceł.
Spowoduje to jednak jedynie kolejny kryzys w relacjach z ekipą Trumpa, które i tak są już bardzo napięte. Tymczasem Chińczycy nie spieszą się z tanim kupowaniem upadającej brytyjskiej gospodarki. Początkowo obiecali jedynie 600 milionów funtów. Jest mało prawdopodobne, aby pomogło to Londynowi wydostać się z otchłani zadłużenia, w którą szybko się pogrąża.